Od autorki.
Witam wszystkich serdecznie. Po pierwsze jeżeli tu zaglądacie, pragnę wam podziękować. To naprawdę dla mnie dużo znaczy jeżeli przeczytacie ten tekst i może nawet wyrazicie opinie za co byłabym z całego serca wdzięczna. Co do historii, nie będzie ona o wybranych podgrupach typu:klaroline, delena. Bohaterem może być każdy, w zależności od tego, jakiego dnia, która postać, będzie mi się podobać. Na razie będę opierać się na postaciach wymienionych, zobaczymy po prostu czy wam się spodoba, czy też nie. Dziękuję jeszcze raz i miłego czytania!
Wiatr przenosił liście spadające z drzew, które zamieniały ulice Nowego Orleanu w kolorowy dywan. Niklaus uwielbiał taką pogodę. Cóż, może dlatego, że na drogach nie było już tak wielu ludzi? Był sam i szczerze powiedziawszy, lubił tą samotność. Ogarniającą ciszę, spokój. Jednak czegoś mu brakowało. Tak. I tu przed oczami pierwotnej hybrydy, pojawił się obraz delikatnych rys twarzy, którą okalały jasne loki. Bystre spojrzenie przepełnione zielenią i delikatnie malinowe usta, które coraz częściej, ku jego osobie, ułożone były w uśmiech. Caroline. Młoda, niewinna wampirzyca, która jakimś sposobem, utkwiła w jego sercu. To było wręcz nieprawdopodobne, że jej światło pozwoliło wydobyć ze niego, krztę jakichkolwiek uczuć. A jednak. Zatrzymał się bez zamyśleń przy ławce i usiadł, jak każdy, zwykły najzwyklejszy człowiek i myślał. Zatopił się w beznamiętnej ciszy, próbując wyłączyć każdy zmysł. Próbując wyłączyć smutek, cierpienie, a skupić się na czymś przyjemniejszym. Błogość. Słodka woń krwi dotarła do nozdrzy Mikaelsona, robiąc z jego poprzednich myśli, zupełnie odmienny rozdział. Zupełnie inną bajkę.
-Samotny. - Dźwięczny głos oderwał z omamu Pierwotnego, który już kiedyś słyszał. - Cierpi, potrzebuje wsparcia, mimo iż tego nie pokazuje. Władca. - Krasomówca przesuwał się w stronę ławki, który chyba dokładnie nie wiedział na co się piszę. -Władca, który jednak popełnia błąd i myśli, jak wygrać i być szczęśliwym. - Jasnowłosa kobieta usiadła obok mężczyzny, obdarzając go szczerym uśmiechem. -Tak właśnie mogę opisać obraz na którym widniejesz. Park, ławka, człowiek bez towarzysza.
-Właściwie już mam towarzysza. - Hybryda odwzajemniła uśmiech kobiety, obserwując dokładnie jej reakcje. Kąciki jej ust uniosły się ku górze, jednak tak delikatnie, że zwykły człowiek, musiałby się dokadnie przyjrzeć, aby zauważyć zmianę. -Odchodząc od towarzystwa, dlaczego właśnie tak zinterpretowałaś ten obraz? - Klaus przeniósł wzrok przed siebie, czekając aż Camilla odpowie na jego pytanie.
-A mylę się? - Zbicie z tropu? Sto punktów. Kobieta złożyła swoje ręce, przykładając je do ust i ogrzała je powietrzem, wydobywających się z płuc. Znów cisza. Blondynka zawierciła się na ławce i opuszczając swój wzrok, wbiła go w ziemię. - Nie chciałam Cię urazić.
-Nie uraziłaś. - Wyszeptał beznamiętnie, wstając. Czy naprawdę dokładnie tak było? Czy jej słowa zgadzał się z czystą prawdą? Owszem. Pobłądził gdzieś wzrokiem, byle tylko nie patrząc w oczy jasnowłosej. -Może dziś udam się do baru.- Wypalił i odwrócił się na pięcie, znów wypełniając swoje myśli panną Forbes.
-Bonnie, jesteś?-Elena rzuciła zakupy na podłogę, zamykając za sobą drzwi. To było nowe przeżycie. Zamieszkanie we trójkę wraz z Mulatką i Caroline. Mogłoby się powiedzieć, że ich życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Była sama. Wiedziała że tak powinno być. Mimo iż kochała obu braci Salvatore, pożegnanie z nimi musiało prędzej czy później dojść do skutku. Do tej pory widziała przed sobą twarz Damona, która wyrażała grymas bólu i rozczarowania, oraz twarz tego drugiego. Siedział cicho na fotelu i słuchał każde, wypadające słowo z jej ust. Wiedziała że sprawiła mu największy ból i nie dziwiła się, że powiedział słowa, które do tej pory dzwoniły jej w głowie. "Powinnaś już to dawno zrobić Eleno." Po tych słowach postanowiła, że będzie silna i że z pewnością nikogo innego już nie skrzywdzi. Że nie będzie tą samą Eleną, która zginęła spadając z mostu i tą, przemienioną w wampira. Jak to mówiła Caroline "Nowe życie, nowa historia, nowa JA". Ale nawet ona nie umiała zapomnieć o tym starym życiu. Wydawałoby się, że nawet tęskni za starą Caroline, która mimo wszystko cierpiała z powodu utraty Tylera. Dziś była osobą, która założyła, że za kilka lat wyjedzie poznać świat. Było w tym coś cudownego, bo zawsze kiedy blondynka, jako nowa Caroline Forbes, pomyślała o zwiedzaniu tych wszystkich miejsc, gościł na jej twarzy szeroki uśmiech, jakby zanurzyła we wspomnieniach. Skrytych, przyjemnych chwilach o których nikomu innemu nie powiedziała. O jej wielkim marzeniu. Bonnie zastanawiała się czasami, kto mógł wbić małej Forbes pomysł o zwiedzaniu świata. Chwilami jej myśli błądziły wśród tej zagadki, jednak gdy już znajdywała odpowiedź, zamierała w bezruchu i po kilku minutach, wybuchała śmiechem, mówiąc że to niemożliwe. Ona jako jedyna pozostała przy dawnym życiu. Utrzymywała kontakt z mieszkańcami miasta w którym się urodziłyśmy. Czasami nawet kupowała dla nas butelkę burbonu z grilla, w którym nadal pracował Matt. Jak już mówiłam, nasze życie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. A może jednak nie do końca? Czarownica wychyliła się z kuchni i podbiegła do Gilbert, zabierając spod jej stóp torby jedzenia.
-Wiesz Eleno, że jak pojawia się jedzenie, to ja zawsze jestem w domu. -Mulatka zachichotała cicho pod nosem, sprawiając że na ustach jej przyjaciółki pojawił się szczery uśmiech.
-Cóż, to od wieków wiem.- Elena odwiesiła płaszcz na wieszak, podążając po tym, za Bonnie do kuchni. Zgrabnym ruchem przysiadła przy wysepce, tuż na przeciw towarzyski, która odkręcała nakrętkę od słoika z musem czekoladowym. -Wiesz gdzie jest Caroline? -Zapytałam chwytając łyżeczkę, którą podała Bennett.
-Chyba tam gdzie zawsze.-Wyszeptała pod nosem, wpychając do buzi dużą porcje tych kalorii. Nie zadowoliła mnie ta odpowiedź. Od kiedy drogi, właściwie wszystkich, rozeszły się, blondynka była pogrążona w amoku, czasami nie odzywając się do nikogo przez kilka dni. Wychodziła wtedy do parku i siadała na ławce, z mapą na kolanach i myślała nad miejscem, w które miała się wybrać. Oczywiście trzy miejscowości na mapie były już zaznaczone. Rzym, Paryż i Tokyo. Godzinami dokładnie szukała na mapie innych miejsc, jednak wracała do domu z rezygnacją, stwierdzając, że na trzech miejscach wystarczy i pomyśli nad tym kiedy indziej. Oczywiście to powtarzało się niemalże codziennie od czterech miesięcy.-Ona wróci do Siebie Eleno. -Bonnie zaczęła, patrząc się na przyjaciółkę uspokajającym wzrokiem. Jednak dobrze wiedziała, że ona sama, chce usłyszeć takie słowa ode Eleny.-Potrwa to trochę czasu, ale wróci. Silna, pełna światła, Caroline. Nasz Caroline. -Obdarowała czarodziejkę uśmiechem, dziękując w duchu, że są przy niej te dziewczyny. Że mam przy sobie tak wspaniałych ludzi. -A teraz jedz, ciałka nigdy za wiele!
Niklaus zatopił wzrok w bursztynowej cieczy, która znajdowała się w szklance. Ignorował głos barmanki, która opowiadała o swoim życiu i również o tym, że Marcel jest wielkim człowiekiem, któremu nikt nie sprzeciwił się do momentu, kiedy on nie zawitał w mieście. Zapewne rzuciłby się na nią z rękoma, wyrywając serce, gdy nagle na nocną zmienę zawitała blondynka. Kiwnęła głową na powitanie swojej koleżance i stanęła przed pierwotnym, nie odzywając się nawet na chwilę. - Spóźniłaś się czterdzieści trzy minuty. -Wypalił nie odrywając spojrzenia od whiskey.
-Niech sobie wyobrazi pan Mikaelson, że ja też mam swoje życie. Nie będę z niego rezygnować, tylko dlatego, aby nalać Ci do szklanki trunku, którego sobie zażyczysz.
-Wydawało mi się, że nalewanie tych trunków, których sobie zażyczę, to twoja praca. - Słowa Klausa odbiły się w głowie kobiety, robiąc nie mały zamęt. Dopiero teraz dostrzegła, że jego oczy, spoczywają na jej twarzy, która coraz to szybciej robiła się czerwona ze wściekłości.
-Do cholery! Nie mam zamiaru się z tobą kłócić, panie "Zwracam-na-siebie-uwage-bo-tak-mi-się-podoba." Nie obchodzisz mnie, a to, gdzie pracuje i dlaczego się spóźniam, to nie twoja sprawa. To moje życie i nie chce żebyś się do niego wpieprzał! Wyobraźmy sobie odwrotną sytuację, hmm? Powiedz, dlaczego jesteś takim egoistą, myślącym o swoich potrzebach? Dlaczego, gdy ktoś chce Ciebie bliżej poznać, ty go odtrącasz? Dlaczego jesteś człowiekiem, który myśli że jest najlepszy i najsilniejszy. Może po prostu miałeś trudne dzieciństwo. A może po prostu pokochałeś kogoś, a on widział to co ja i nie odwzajemnił tego uczucia. Wiesz, jeżeli to prawda, to szkoda mi tych ludzi. Bo przez Ciebie stracili oni z pewnością dużo cennego czasu. Stracili coś co było dla nich cennego, a ty im to zabrałeś swoim egoizmem. Swoją władczością. Nie zasługujesz na uwagę innych ludzi Niklaus! - Hybryda spojrzała swoim pustym wzrokiem na kobietę. Szklanka na którą wzrok, przed kilkoma minutami był zatopiony, pękła pod wpływem nacisku jego ręki, co nie uległo wymianie spojrzeń innych klientów baru. Mikaelson, zerwał się z fotela i obdarzył barmankę wzrokiem, który o mało co jej nie zabił.
-Pierdol się i ty i Marcel. Wszyscy!
Nagle ciemność. Elena wstrzymała oddech, dopóki nie usłyszała głos mężczyzny, który zakrywał jej oczy, swoimi dłońmi.
-No dobra Gilbert, koniec żartów, porywam Cię. - Chłopak zaśmiał się głośno, po czym odrywając ręcę, pojawił się tuż przed oczami ciemnowłosej. Aaron nadal z szerokim uśmiechem, szedł tyłem obserwując twarz swojej przyjaciółki. Oczywiście do momentu, kiedy nie walnął o drzwiczki szafki. Wampirzyca wybuchła śmiechem, próbując wydobyć jakiekolwiek słowo, które świadczyłby o tym że jest jej przykro, że to zdarzenie sprawiło mu ból. Tak jednak się nie stało. -To okropne! Ja tu ostatkami sił próbuje powstrzymać płacz, bo mnie boli, a ty się śmiejesz. Gilbert wiedz, że na sucho Ci to nie ujdzie. - Wymawiając to, na twarzy Aaraon'a, zagościł sztuczny wyraz cierpienia. Elena przykucnęła przy nim, po czym pocałowała go w miejsce, gdzie za kilka minut miał się pojawić guz.
-Lepiej? - Gilbert zapytała się chłopaka, unosząc jedną ze swych brwi ku górze.
-Och, nawet nie wiesz, jak lepiej! - Zaśmiał się po czym wstał, wyciągając rękę do pomocy, w stronę dziewczyny. Elena chwyciła jego dłoń i już po chwili stała przy jego boku. Od czasu, kiedy dziewczyny zaczęły chodzić do nowej szkoły, pojawili się nowy koledzy. Aaron jednak jako jedyny urzekł ich na tyle, i został przyjacielem dziewczyn, które uważały go za wspaniałego chłopaka, co nie miało żadnych wątpliwości. Bonnie szanowała go za to że był kulturalny, miał świetną osobowość, i nie wtykał we wszystkie sprawy nosa. Caroline za jego nieprzeciętną urodę, charakter i za to że jeżeli tylko potrzebowały pocieszenia, on zdobył się na to, aby wysłuchać je i doradzić w każdej sytuacji. Z Eleną było inaczej. Uwielbiała go całego. Jego uśmiech, za to że umiał ją rozbawić jak nikt inny. Jego emocje związane ze stratą rodziców i małego brata, bardzo przybliżały cierpienie samej Gilbert. -Wiem że się nie wyspałaś, ale mogłabyś mnie wysłuchać. - Wymówił z wyrzutem, widząc że nie słuchała jego poprzednich słów.
-Och, przepraszam. -Dziewczyna wyszeptała, a ten po raz kolejny w ciągu kilku minut wybuchł śmiechem. - Z czego się śmiejesz!?
-Cóż, szczerze mówiąc, ja nic nie mówiłem Eleno. No dobra... Co się dzieje panno Gilbert? - Uniósł jedną z brwi, tak jak to robiła wcześniej jego towarzyszka.
-Caroline nie wróciła do domu.